Tuesday, 26 August 2014

26/08




Czasem mam ochotę ją zabić.
Tęsknota, która ma tyle sensu co słońce w środku stycznia. Ba, jest nawet jeszcze mniej pożyteczna. I o ile mniej zrozumiała.
Bo jak można tęsknić za tym, czego się nie widziało, o czym się nie słyszało i nigdy nie mówiło. Jak można tęsknić za widokiem, którego nigdy nie było nam dane ujrzeć. Jak można tęsknić za zapachem, który nigdy nie podrażnił naszego węchu. To jakby próbować złapać w garść powietrze. Co? Jak Wygląda? Jak smakuje? Nie potrafię pokazać. Ale wiem, że chcę. Może to bańka z wyobraźni. Może.
A może to tęsknota, którą ma w sobie każdy z nas, jednak tak już się do niej przyzwyczailiśmy, że wyblakła, Wtopiła się w nas. I nie próbujemy kwestionować jej istnienia.
Tak jak słońca w styczniu.

Sometimes I really want to kill it.
The longing, which has as much of a sense as sunshine in the middle of January. Ha, it's even more useless. And how much more ridiculous.
Because how can one miss what he's never seen or hear or talk about. How can one miss the view, which he's never been given to see. How can one miss the scent, which has never irritated his smell. It's like you tried to catch the air. What? How does it look like? How does it taste like? I can't express. But I know I desire. Maybe it's a soap bubble of imagination. Maybe.
And maybe it's a longing, that every single one of us keeps inside, but we are so used to to it, that it ran out. Merged into us. And we don't even begin to question its existence.
Just like the existence of sunshine in the middle of January.




Friday, 15 August 2014

15/08


Zastanawiałyście się kiedyś, czy larwa po wykluciu się (??) (dobrze, że nie biorę biologii w tym roku) myśli intensywnie nad tym, jakim motylem chce być, czy po prostu cieszy się możliwością przemiany?

Mam 17 lat. Ludzie wymagają ode mnie wiedzy, jak wysoka będzie moja emerytura. Może nie dosłownie, ale jednak. Wybierz profil w liceum. Kierunek studiów. Pracę. Po drodze, fajnie by było jeszcze zdecydować czy chcesz codziennie budzić się z uśmiechem na ustach, by z tym samym uśmiechem kończyć pracę i z dokładnie tym samym uśmiechem ustawiać się w biedronkowej kolejce po cztery bułki, litr wody i pomidora, wiedząc, że tylko na to Cię stać na kolację. Czy może wolisz budzić się w oblepiającym Cię jak kokon uczuciu nienawiści? Kokonie, z którego nigdy się nie wydostaniesz. W którym idziesz do pracy, wracasz i w tym kokonie wydajesz kupę pieniędzy, których istnienie tylko denerwuje Cię jeszcze bardziej, bo przypomina Ci, że to przez ściganie ich zostałeś uwięziony w swojej własnej nienawiści. W skrócie: musisz wybrać, czy chcesz być ascetą kochającym swoją pracę, czy żyć jak Królowa Elżbieta, jednocześnie nienawidząc swojego zawodu. Formę świadczeń emerytalnych też już możesz wybrać. I w sumie miejsce na cmentarzu też, tak na wszelki wypadek.

Kiedyś, w bardzo mądrym filmie usłyszałam sentencję "droga jest domem". I od tamtej chwili nie było dnia, żebym nie starała się tego przełożyć na wszystkie płaszczyzny życia. To, że podróż i wszystkie jego środki są dla mnie prawdziwym domem, odkryłam już dawno. Ale dziś przyszło mi na myśl coś innego. Co, jeśli to DROGA faktycznie jest domem. Droga. Ścieżka. Upływający czas. Nie cel, który chcemy osiągnąć. Nie zawód, który chcemy zdobyć, czy status materialny, który chcemy posiadać. Co, jeśli tą zabawną częścią życia jest właśnie proces zdobywania, osiągania, zmagania się z trudnościami. Proces motywacji samego siebie. Proces stawania się tym, kim się jest. Proces dojrzewania, mimo ciągłego pozostawania pięciolatkiem, pytającym rodziców dlaczego larwy zamieniają się w motyle. Proces dawania sobie odpowiedzi, JAK larwy zamieniają się w motyle. Jaki mają do tego stosunek.
 I czy to, że w końcu zamienią się w piękne, barwne istoty, jest w tym wszystkim najważniejsze.



Monday, 28 July 2014

28/07/2014


Czasami zapominamy o tym, że bariery naszego postrzegania innych ograniczają nie ich, ale nas samych.

Sometimes we forget, that boundries of how we perceive others limit no one, but ourselves.

// I've changed my instagram&twitter username, you can find me on both as @AlicjaPapaj
// Zmieniłam nazwę na instagramie i twitterze, teraz możecie mnie znaleźć na obu jako @AlicjaPapaj


Sunday, 13 July 2014

Why do people get summertime sadness


Panna Del Rey już jakiś czas temu wszystkim nam w pewien sposób zaprezentowała aspekt wakacyjnej melancholii. Dziś chciałabym spojrzeć na to trochę szerzej. Skąd ona się bierze? Sądzę, że wywołujemy ją my sami, a może widmo przeszłych nas. Nas, karcących samych siebie za to, że zamiast pływać w morzu, wspinać się na drzewa czy wdychać zapach świeżo skoszonej trawy, jedyne w czym pływamy to kartony po pizzy, wspinamy się na kanapę i wdychamy odpaloną z wielkim wysiłkiem świeczkę o leśnym zapachu, bo jesteśmy zbyt leniwi żeby naprawdę ruszyć tyłek i wybrać się do lasu. Jesteśmy na siebie źli, bo w naszych oczach inaczej wyglądało to wszystko jeszcze parę tygodni temu. Ale nie chodzi tylko o to, że się zawiedliśmy na sobie. Boimy się. Boimy się siebie samych za jakiś czas, jedną nogą na szkolnych schodach, patrzących wstecz i z rozżaleniem stwierdzających, że mogliśmy jednak od czasu do czasu zamienić kartony po pizzy na trochę bardziej pierwotne otoczenie drzew. W tym momencie, właśnie teraz, trzeba kazać zamknąć się zarówno przeszłej i przyszłej sobie. Zamknąć oczy i wziąć głęboki wdech. Uświadomić sobie, że gdy ponownie otworzymy oczy, jedyne co nas otacza i co mamy w dłoni to Dziś. I możemy je tworzyć jakkolwiek chcemy. Warto posłuchać od czasu do czasu wakacyjnych żalów Panny Del Rey, ale tylko po to, by przynajmniej zdmuchnąć tą absurdalną świeczkę o zapachu leśnym.

Przy okazji zapraszam Was na mojego instagrama: @alicedorothyhope ( http://instagram.com/alicedorothyhope/ )
__________________________________________________________________________

Miss Del Rey has already presented us some time ago all the 'summertime sadness' thing. Today I would like to look at it a bit wider. Where does it come from? I believe, we are the ones who cause it. Or maybe it's the ghost of past us. Us, rebuking ourselves for the fact, that instead of swimming in the sea, climbing trees or breathing in the scent of freshly mown grass, the only thing we swim in are empty pizza boxes, we climb the couch and we breathe in the forest scent of a ... candle, because we are too lazy to actually move our bottom and go to the woods. We are mad at ourselves, because we saw everything differently just a few weeks ago. But it's not only disappointment making us feel uncomfortable. We're afraid. Afraid of ourselves in some time, one leg standing on school's stairs, looking back and longingly admitting, that from time to time we could have changed pizza boxes for a little bit more initial surrounding of trees. This moment, right now, we need to tell to shut up to both past and future us. Close eyes and take a deep breath. Realize, that when we open up our eyes again, the only thing that surrounds us and the only thing we have in hands is Today. And we can create it however we want to. Sometimes it's nice to listen Miss Del Rey's grievances, but just to at least blow out this ridiculous forest scented candle.

Kinda off topic, here's my instagram profile if you haven't followed yet: @alicedorothyhope ( http://instagram.com/alicedorothyhope/ )


Saturday, 5 July 2014

Live




Są wakacje. Spędźcie 40 sekund przeglądając zdjęcia do tego posta, jeśli jesteście szybcy to zmieśćcie w tym czasie jeszcze komentarz. Potem wyjdźcie na zewnątrz i wróćcie najpóźniej jak się da. Żyjcie.

It's vacations. Spend 40 seconds scrolling through pictures this post contains, if you're fast maybe you will also manage to write a short comment. Then go outside and come back as late as you possibly can. Live.

Thursday, 19 June 2014

Jean jacket

Odliczamy każdy dzień. Siedząc w ławce i zużywając niesamowite pokłady energii na sprawianie wrażenia pochłoniętych geometrią analityczną czy renesansową wizją świata, spoglądamy z utęsknieniem na zegarek, który częściej jest naszym wrogiem niż sprzymierzeńcem. Czekamy. Coraz częściej wieje ciepły wiatr, a sąsiad wygraża Bogu pięścią, bo rozłożysty kasztan znowu zaczyna rzucać cień na jego balkon, a gołębie szczególnie upodobały sobie jego pojazd jako prywatna kuwetę. Słychać lato nawet wśród wiecznie niezadowolonych sąsiadek - wystarczą 3 minuty w ich towarzystwie by wiedzieć, jak bardzo jest gorąco, tak w razie gdyby komuś zepsuł się w domu termometr. Im bliżej wakacji, tym jesteśmy szczęśliwsi. Tęsknimy za wolnością. Ostatni dzwonek, ostatnia lekcja. A co, kiedy on rozbrzmiewa i możemy już iść, niezwiązani żadnymi obowiązkami? Powietrze z nas uchodzi. Energia, z którą tak skrzętnie przez ostatnie miesiące planowaliśmy podróże i gospodarowaliśmy jeszcze niedanym nam czasem wolnym, gdzieś zanika. Zawsze próbuję sobie wyjaśnić dlaczego. Co jest w tym oczekiwaniu takiego dziwnego i specyficznego, ze jest ono lepsze niż samo przyjście wolnych dni? Oczekiwanie wolności, jej wyobrażenie przerasta samą wolność? Bardzo możliwe. Czekając na nią, możemy sobie wyobrażać ją jak chcemy: jako ucieczki z domu, pływanie w jeziorze czy czytanie książki gdzieś w głębi lasu delektując się swoim własnym towarzystwem. A kiedy przychodzi, zwykle nie jest w stanie sprostać naszym oczekiwaniom. Wakacyjna wolność często cierpi na niską samoocenę, wywołaną 10 miesięcznym oczekiwaniem na coś niezwykłego. Dlatego ja nie czekam. To są moje ulubione dni, na granicy. Na granicy oczekiwania na wolność i tworzenia jej. Tęsknienia za nią i wpadnięcia w jej ramiona. Wtedy czuję wakacje najbardziej: kiedy tak naprawdę jeszcze ich nie mam. Nie mogę być zła, że nie sprostują moim oczekiwania, bo jeszcze nie nadeszły. Ciesze się wolnością, bez oczekiwania od niej czegoś specjalnego. Wakacje nie są najlepszym czasem. Najlepszym czasem nazywam zbiór momentów w których uświadamiam sobie, jak bardzo za nimi tęsknię. Po prostu, bez oczekiwań.

Day after day. Sitting in the classroom and spending huge amounts of energy just to seem like I'm interested in analytic geometry or renaissance worldview, we peek longingly at the clock, which usually is rather our enemy than an ally. We're waiting. Warm wind starts to blow more often and a neighbour threatens God as his balcony becomes completely enveloped in the shadow of a huge chestnut tree and his car gradually changes its purpose into a Pigeons Private Toilet. You can hear summer even among forever upset women living around you - it takes up to 3 minutes talking with them to know how hot it is, just in case someones thermometer has broken. As it's closer to vacations, we get happier. We miss freedom. The last bell, the last period. What happens, when the last bell rings and we are free to go, unbound with any obligations? The air escapes from within. The energy we were using for planning our holiday travels and managing the time we hadn't actually been given yet, is gone. I always attempt to explain why. What is it in this all anticipation, that makes it so much better than holidays? Expecting the freedom, the idea of it is greater than freedom itself? Likely so. Waiting for it, we can shape it and imagine exactly as we want to: as a runaway from home, a night swim in the lake or time spent in the woods alone. And as the freedom comes, it often can't live up to our expectations. Holiday freedom suffers from low self-esteem, triggered by ten months long anticipation for something amazing. That's why I don't expect. Those are my favourite days, on the border. On the border of waiting for freedom and creating it. Missing it and falling into its arms. That's when I feel vacations the most: when they haven't started yet. I can't be mad, that they're not good enough. I enjoy freedom, without expecting too much from it. Holidays aren't the best time. The best time - I call that the collection of moments when I realize, how much I need my freedom. Just like that, with no expectations.

Saturday, 31 May 2014

Jak być dobrze zorganizowanym? 5 porad

Chyba każdy raz na jakiś czas ma wrażenie, że w dobie wcale nie ma tych 24 obiecanych godzin i czas wylatuje nam gdzieś bokiem. Jeśli zdecydowaliście się przeglądnąć posta o takim tytule, to na pewno Wasz czas na jego czytanie jest ograniczony. Więc dzisiaj krótko zwięźle i na temat:

1. Planuj

Jest to absolutna podstawa, jeśli chcesz zawalczyć z czasem o kilka dodatkowych godzin. Wbrew pozorom, dzień dobrze zaplanowany wcale nie musi być męczący czy nudny. Jeśli pomiędzy obowiązkami uwzględnisz np. półgodzinną przerwę na czytanie gazety czy książki, poczujesz się bardziej zrelaksowana i wrócisz do mniej przyjemnych zajęć ze zdwojoną energią i zapałem. Jeśli planuję dzień, zazwyczaj udaje mi się zazwyczaj "zyskać" około 3 dodatkowych godzin, które (jak każdy uczeń i student wie) w trakcie sesji czy napiętego tygodnia mogą być zbawienne. Do sporządzania planów dnia możesz wykorzystać aplikacje w telefonie (np. Jorte Calendar&Organiser), kalendarze czy listy rzeczy do zrobienia. Mi najlepiej korzysta się z dwóch kalendarzy, jeden od spraw szkolnych, a drugi od wszystkiego innego :)